I oto po zastosowaniu Taktyki Czerwonej Kreski wracam. W międzyczasie wreszcie coś pozwiedzałem (Scotland - oj, podobało mi się tam. Niebywale.), zakończyłem sezon ligowy (0 zwycięstw, 6 porażek - słabo nam poszło), zaliczyłem Flamberg.
No i jak to na/po Flamie sporo rzeczy do mnie dotarło ("Grendel leży na krawędzi urwiska, drapie się po brzuchu i w zamyśleniu obserwuje swoje zamyślone obserwowanie królowej"), bo też chyba najlepiej obserwować siebie przez pryzmat innych, ciekawych ludzi, których nie widuje się na co dzień.
Zastanawiałem się między innymi czemu jestem taki słaby w tych cholernych LARPach, kompletnie nie ogarniam tych scenariuszy i dobrze czuję się tylko w roli przysłowiowego halabardzisty numer trzy, a już kompletnie nie znoszę grać NPCa, mieć jakąś rolę i coś do zrobienia. Że słabo u mnie z charyzmą to wiedziałem od dawna, ale że jeszcze z inteligencją? Z wiekiem coraz głupszy. Ewidentnie muszę zrezygnować z większych ilości alkoholu naraz zanim jeszcze potrafię przeliterować swoje nazwisko. W czwartek w knajpie udało mi się przesiedzieć cały wieczór na dwóch piwach, co jest generalnie dawką zerową, biorąc pod uwagę że poprzednio kiedy tam byłem wypiłem czternaście. Ale to chyba dlatego, że zastosowałem nowatorską metodę: na wejście, zmęczony i nieco zasapany (to kawałek od tramwaju including spore wzniesienie) wziąłem sobie... piwo... bezalkoholowe... Kurna, dziatki drogie, całą drogę przygotowywałem się psychicznie do tego żeby wymówić te obrzydliwe słowo a i tak ledwo mi przy barze przez gardło przeszło, bardzo cicho zresztą. Ale dzięki temu udało mi się zapobiec włączeniu się zwyczajowej "pompy ssącej", której wyłączyć się nie da, jeśli już się uruchomi. Było więc warto.
Kolejna młoda atrakcyjna kobieta powiedziała że jestem niezwykle sympatyczny (chociaż nie pamiętam wszystkich szczegółów rozmowy :P), automatycznie skreślając z listy potencjalnie atrakcyjnych mężczyzn, ale to tylko dla porządku wspominam :}
Czuję się coraz ciemniejszy. W sensie że tępy. Domyślam się, że to jednak efekt zbyt dużej obecności w sieci. Takie rozmawianie w postaci tekstowej, gdzie zawsze można wszystko skasować i napisać po namyśle od nowa przed stuknięciem w "enter" całkowicie oducza rozmawiania z ludźmi, interakcji z nimi czyli generalnie życia. "Get a life!", yeah. Dodatkowo poleganie na logach w gg skypie poczcie i chujwieczym jeszcze oznacza przeniesienie swojej pamięci na zewnątrz swojego umysłu, coraz większe mam problemy z koncentracją, po co, skoro przecież jest karteczka gdzie to jest zapisane? W pracy to już w ogóle nędza, bo skype gg telefon ludzie zawracający dupę osobiście to dla mnie - bo nigdy nie miałem podzielnej uwagi - dalsze źródło otumanienia i zmęczenia tego tak podle traktowanego umysłu.
Efekt ściany to też niemiła rzecz. Dla kierowców wyścigowych oznacza ten termin, kiedy wyjeżdżając zza tyłka poprzedzającego wozu trafiają na ścianę nie "rozbitego" powietrza. W przypadku powrotu z Flamberga oznacza to powrót z miejsca, gdzie nawet największy nawet "tłumok" jest generalnie bardzo inteligentną jak na ogólnie przyjęte standardy osobą, do miejsca pracy, gdzie trzeba stykać się z osobami które nie potrafią wykonać prostego polecenia, bo prawdopodobnie całą moc obliczeniową muszą poświęcać na oddychanie. Znowu przywiozłem stamtąd wiele wniosków, pomysłów, planów i zapału i znowu po trzech dniach byłem na powrót wypalony. Ten weekend praktycznie w całości przesiedziałem w domu, nie zrobiłem niczego co zaplanowałem, ale chociaż obejrzałem parę dawno ściągniętych filmów, w tym jeden który mnie zachwycił i zdumiał (albo odwrotnie) - "Pachnidło".
Kiej bym tą notkę pisał 6 dni temu byłaby dużo ciekawsza zapewne. Teraz większość zatarła się i zostały pierdoły jak zwykle.
Głowa mnie boli. Czas spać. Dzisiaj znowu zarwałem nockę, bo nieopatrznie odpaliłem o północy pewną grę. Tyle w temacie "get a life".
Nie jestem jakoś w formie na treść jak zwykle u mnie rozwlekłą, powiem zatem w skrócie: ciężko ostatnio było, ponieważ moja droga babcia po raz pierwszy od urodzenia wylądowała w szpitalu. Nawet jak 40 lat temu miała wypadek na kopalni to leczyła się w domu. Jednak była coraz słabsza, w końcu zatem musieliśmy ją tam zabrać. Miałem złe przeczucie, że już stamtąd nie wyjdzie, mimo że mieli ją po prostu postawić na nogi. Nawet prawie im się udało, ale podczas tego stawiania na nogi złamali jej rękę. To wtedy był ten taki mój wpis że załamany jestem itd. - bo złamali jej tę jedyną rękę sprawną, drugą od pewnego czasu umiała podnieść tylko troszkę. Kiedy przyszedłem po południu do niej z pracy i zobaczyłem ją uśmiechniętą, ale z ręką na temblaku, to odpłynęły ze mnie siły, bo zrozumiałem, że wszystko się sypie - nie mając żadnej ręki do oparcia nie stanie na nogi, nie mogąc stanąć na nogi osłabnie i zgaśnie. I że się przy tym namęczy, bo nie mogła od dawna leżeć na prawym boku, a wobec złamania lewego ramienia - także na lewym. Odleżyny murowane.
A potem okazało się, że odleżyny to mały problem, albowiem ręka prawa bolała ją nie z powodu jakichś zmian reumatycznych jak sądziliśmy, ale z powodu tego, że zeżarło jej pół łopatki. Od momentu tej diagnozy zgasła błyskawicznie, jakby rak rodem łotra ze starych filmów płaszcza i szpady usłyszawszy o sobie wyskoczył zza kotary, za którą się chował z tryumfalnym "Ah ha!" na ustach.
W poniedziałek, 29-go marca tylko "targała ją ręka" i była osłabiona. We wtorek, 30-go marca położyłem ją wieczorem do łóżka i poszedłem do domu. W środę, 31-go marca przyszedłem po treningu i miałem gotowy obiad, ale musiałem ją z kuchni zaprowadzić do łazienki, bo sama nie umiała wstać, pomóc jej "zasiąść na tronie", potem położyć do łóżka. W czwartek, 1-go kwietnia, na prima aprilis po wizycie pielęgniarki musieliśmy zabrać ją do szpitala. Nie bała się, uśmiechała, dziwiła - dotychczas zawsze oglądała szpitale odwiedzając chorych. W czwartek, 8-go kwietnia, złamała tą rękę na spacerku z rehabilitantką. Od weekendu 10/11-go kwietnia zaczęło jej się wszystko mylić, myśleliśmy że to od środków przeciwbólowych, bardzo dużo spała. W środę 14-go kwietnia miała operację - ześrubowano jej te złamanie, już na innym oddziale. Przez cały ten tydzień w zasadzie już tylko spała, albo rozglądała się nieprzytomnym wzrokiem. W piątek 16-go kwietnia zdiagnozowano nowotwory, zaczęliśmy się z matką przygotowywać do zabrania jej jak tylko się da do domu, żeby mogła sobie dożyć tam ostatnich chwil. W niedzielę 18-go kwietnia była zaskakująco przytomna, mówiła niewyraźnie, ale składnie, poznawała nas, uśmiechała się. W poniedziałek 19-go kwietnia matki nie było, musiała pojechać do pracy, babcia spała cały dzień, chodziłem tam do niej co jakieś dwie godzinki wmusić w nią troszkę wody albo herbatki, podać tabletki rozkruszone z odżywką dla maluchów. Wieczorem kiedy już miałem się zbierać do domu usłyszałem że bardzo źle oddycha, charczy, skombinowałem lekarzy, siostry wzięły ją na dyżurkę do obserwacji, bałem się, że odejdzie kiedy matki nie będzie - nie wybaczyła by sobie tego (ten feralny czwartek kiedy złamała rękę mamuśka też akurat była w Czechach), na szczęście rano wciąż była z nami. W środę, 21-go kwietnia przyszliśmy tam 20 minut później niż zwykle, bo było trochę zamieszania i w domu i w pracy mojej. Kiedy weszliśmy na oddział siostrzyczki (tam, na ortopedii, na starym, zaniedbanym oddziale były złote dziewczyny, w przeciwieństwie do zmierzłych kwok z nowoczesnego, świetnie wyposażonego oddziału gdzie była wcześniej) nie wpuściły nas do sali, jedna spojrzała na nas smutno i pobiegła po lekarzy, ale to już było za późno, zresztą w jej stanie reanimacja byłaby już niepotrzebną, nieludzką torturą. Nie zdążyliśmy się pożegnać, ale może tak by było ciężej.
Bałem się o mamuśkę, ale od jakiegoś czasu regularnie kogoś chowamy, uodporniła się, po drugie wiedzieliśmy jak męczył wcześniej się dziadek i w zasadzie przyjęliśmy z ulgą to, że skoro już zapadła na tą chorobę, to przynajmniej usiekła ją ona litościwie, szybko, bez męczarni.
***
Dopiero dzisiaj jestem w stanie to napisać, i wrzucić to moje ulubione jej zdjęcie, które kiedyś zrobiłem jej komórką. Nie chciała wtedy żebyśmy ją z mamuśką fotografowali, zasłaniała się to od jej, to od mojego aparatu, a jak zaatakowaliśmy z dwóch stron to pokazała nam język :)
Dzięki koleżankom za saport moralny, w czwartek istotnie byłem zdruzgotany, ale trudno, jakoś leci, otrząsnąłem się z tego nieco.
Trudno zaś - Wam pewnie też - otrząsnąć się po sobocie. Lubiani czy nie - żal. To nie powinno się było zdarzyć. Boli, bo nawet kiedy takie katastrofy się zdarzają to dotyczą osób zupełnie obcych, a tym razem w jednej chwili straciliśmy wszyscy kilkudziesięciu "dalszych znajomych", ludzi którzy nie byli nam obojętni.
Drogie dziewczęta, mówię wam oficjalnie: jestem załamany. Powodem głównym stan zdrowia bliskiej osoby, współczucie dla niej, poczucie jawnej niesprawiedliwości a także nie mieszczący się w głowie absurd sytuacji; również ujarzmiona z braku sił i rezygnacji złość na służbę zdrowia. A z drugiej strony, patrząc bardziej egocentrycznie, katastrofalny wpływ tejże sytuacji na moje życie i plany. Klątwa Lew Ashby'ego?
Cała banda czarnych kowbojów rozsiadła się w moim ogródku, parzą kawę, grzeją fasolę.
Tak w zasadzie to zaczęło się od Cantadory, która podrzuciła mi linka do któregoś kawałka kapelli Yerba Mater. Być może tego:
...a być może innego. Nazwa ta obijała mi się o uszy, jednakże dopiero po interwencji i pod światłym przewodnictwem rzeczonej Cantadory zainteresowałem się tym zepsołem. Ale przekonany byłem, że yerba to jakiś instrument mjuzyczny. No co, różne dziwne nazwy mają instrumenta rozmaite. Dopiero w jakimś wywiadzie z zespołem usłyszałem, że jest to południowoamerykański napitek. "O!" - zainteresowałem się - "to nie intrument, to południowoamerykański napitek!". Południowoamerykański ergo ciekawy, przynajmniej dla mnie. Jednakże z braku czasu nie zgłębiłem tematu.
A po jakimś czasie tak się złożyło, że sam zacząłem z nim eksperymenty.
Święty Tomasz
Yerbę czyli "zioło", czyli susz z ostrokrzewu paragwajskiego można pić na przykład z tykwy. Zasypuje się ją do połowy suszem, zalewa wodą, siorbie przez rurkę z sitkiem (żeby nie zaciągać mułu, jak krowa w dowcipie :} ) - bombillę. Kiedy woda się skończy - dolewa się jej więcej. Potem jeszcze raz. I jeszcze. I tak do siedmiu razy. Możnaby więcej, ale potem już w zasadzie nie ma smaku, więc po co? Za pierwszym razem susz - jak sama nazwa wskazuje - jest cholernie suchy. Wciąga całą wodę. I tu dochodzimy do Santo Tomasa. Oddaję głos Wojciechowi Cejrowskiemu:
"No więc wlewamy wodę i czekamy.
Czekamy.
Jeszcze trochę...
Cierpliwie.
Nie ma się do czego spieszyć, bo i tak pierwsze zalanie
wypija w całości Santo Tomas - święty Tomasz.
(Prawda jest taka, że całą wodę wciągają te suche paprochy
i każdy o tym wie, ale tradycja każe pić mate w grupie -
a nie samemu - więc jeżeli ktoś akurat nie ma kompanii,
to pod ręką jest zawsze św. Tomasz. Wprawdzie niewidoczny,
ale przecież obecny, bo ktoś tę pierwszą porcję wypił, no
nie?)
Zbrodnia bez kary
Ja akurat yerby spróbowałem z ciekawości i generalnego zainteresowania południową ameryką. Tam - głównie w Paragwaju (yay!) i Argentynie (pff) pije się ją zamiast kawy. Ma dużo (lub bardzo dużo, zależnie od gatunku :) ) kofeiny i różnych innych ciekawych rzeczy, witaminek, flawonoidów itd. W związku z czym przypadkowo całkiem wpadłem w krąg ludzi, którzy jej używają do funkcjonowania. A tak długo się broniłem! :> Ale nie cieszy mnie to. Wiem jak moje cielsko fąksjonuje: śpię mniej niż 6 godzin dwa dni z rzędu - mam w w ciągu dnia w biurze przynajmniej dwie fazy, kiedy prześlizguję się na krawędzi przybicia gwoździa, zdarzało mi się stracić na parę sekund kumację nawet w czasie rozmowy telefonicznej z klientem :} Tymczasem w tym tygodniu śpię po 5 godzin i zero takich efektów. Działa ta kofeina, niestety... Nie dziwię się, że potem ludzie bez nie nie banglają. Wiedzą że mogą spać mało a i tak dobrze działać. Zbrodnia bez kary... Ale nie wydaje mi się że ona jest nośnikiem jakiejś specjalnej, regenerującej energii. Prędzej robi organizm w chuja, że tak naprawdę to nie chce mu się spać i jest wypoczęty itd.
Niedobrze. Można podkręcić silnik, można lać metanol do baku, że zwiększyć jego wydajność. Ale tym samym zarzyna się jego żywotność.
Tak tak, wiem że przynudzam :} Ale ja z chemii to tylko C2H5OH toleruję :P
Edit: no tak, bym zapomniał. Jeszcze miała być martwa natura z tykwą :) Włala!
Pamiętacie ten wpis o Vladimirze Vaclavku niedawno? Zapowiadał w tamtym filmiku nową płytę. Dostałem ją wreszcie w łapy na półtora tygodnia przed świętami. Nie będę się jakoś rozpisywał specjalnie, zwłaszcza że płyta pięknie wydana, ale muzycznie troszkę przekombinowana w wielu momentach - za dużo aranżacji, niektóre utwory z niej słyszałem wcześniej na tubie w wersji live i brzmiały fajniej, prościej. No ale trudno. Jeden jednak na płycie wyszedł świetnie. I znalazłem mu odpowiednią scenerię.
Ostatni weekend przed świętami, ten weekend kiedy był śnieg. Puściłem go sobie wracając z siłowni, zadowolony z dobrze wykonanej roboty ;)
Droga stamtąd to wpierw wyłożony kostką deptak, obsadzony po obu stronach drzewami. Po prawej stronie kawałek nieużytku, za nim osiedle domków jednorodzinnych, raczej takich bardziej wypasionych. Po lewej - pole, nie wiem czy coś się na nim uprawia w sumie, ale nie sprawia wrażenia nieużytku. Za nim - dużo dalej niż te domki z prawej strony - blokowisko, tory, cmentarz. Później, kiedy kończy się deptak i zaczyna normalna ulica idzie się właśnie wzdłuż płotu cmentarzy - nowego i starego, które są położone obok siebie. Po drugiej stronie ogródki. Zimowe popołudnie, biała, zaśnieżona ziemia i ciemne, gęste chmury nad głową - jeden z tych dni kiedy ziemia jest jaśniejsza od nieba. Spokój, żywej duszy dokoła, świat w odcieniach szarości: biel i szarość, poprzecinane czarnymi kreskami drzew i krzaków, później dopiero dochodzi kolor ciegieł z murów cmentarnych. Wpierw ostro w dół, później stromo w górę.
Ta muzyka została stworzona do takiej scenerii. Przynajmniej tak myślę. Nie nadawała by się do wędrówki zieloną doliną wczesnym latem, może ewentualnie jeszcze do późnej jesieni by podpasował. Ale jest w niej - zwłaszcza na początku - tak mało dźwięków, że aż prosi się o słuchanie w krajobrazie, w którym jest równie mało barw.
"Niektórzy myślą, że człowiek szedł na pustynię z biedy, bo nie miał innego wyjścia. Ale było akurat odwrotnie. W Turkmenii na pustynię mogli iść ci, którzy mieli stada, a więc bogatsi, koczowanie było przywilejem zamożnych. "Pobyt na pustyni - mówi profesor Gabriel - jest zaszczytem, to teren wybrany." Przejście do życia osiałego było dla koczownika zawsze ostatecznością, rodzajem życiowej przegranej, degradacją. Koczownika można osiedlić tylko siłą, przymusem ekonomicznym albo politycznym. Nie zna on ceny, którą można zapłacić za wolność, jaką daje pustynia."
R. Kapuściński, "Imperium"
Ten akapit przyszedł mi do głowy parę dni przed sylwestrem, kiedy to dałem się już namówić na zrezygnowanie z wyjazdu na mrocznie się zapowiadającą imprezę w Łodzi (bardzo mrocznie: organizator przez kilka dni ogłaszał na opisie gg że ma 60 litrów spirytusu i czeka na przepisy na rozkopanie :P) i pozostanie w stałej ekipie w Zabrzu. Cytat bardziej jeszcze mi mocniej zaczął po łbie krążyć, kiedy jedna z "chyba wciąż jeszcze czytelniczek" powiedziała że póki młodym, trza się bawić, bo na domowe nasiadówki czas jeszcze będzie, całkiem nieźle ubierając w słowa moje wątpliwości. No ale decyzje były podjęte, plany zrobione. Podobnież odmówiłem Kasi i Krzyśkowi, którzy załatwieni odmownie, żeby nie powiedzieć bardziej brzydko, przez faceta u którego wynajęli lokum na sylwestra gdzieś w górach (nie pamiętam ufortunately gdzie) i na szybko organizowała coś innego.
Niestety, potwierdziła się moja opinia, że każda dodatkowa osoba powyżej drugiej zwiększa ryzyko niepowodzenia planu o 99%. Typowe: foch, impreza odwołana - za późno, żeby plan wyjazdu do Łodzi zrealizować, żeby na szybko jakiś inny wyjazd zorganizować (z tą częścią towarzystwa, która focha nie rzuciła). Do Kasi już dzwonić nie chciałem. Za bardzo ich lubię i szanuję, żeby ich traktować jako plan awaryjny. Ale pewnie i tak się zirytuje jak to przeczyta, to może wyłączę komentowania narazie :P
W każdym wypadku sylwek w domu, dołujące. Przynajmniej mamuśka nie siedziała sama. Kupiła sobie w sklepie Wszystko za Cztery złote czapeczkę trochę na modłę błazeńskiej z małymi dzwoneczkami i chodziła w niej po domu - taki domowy GPS, gdzie nie poszła było słychać.
A wczoraj byłem na piwie w Zabrzu z kolegą Arkadiuszem, dużo pogadalim itd., wypilim trochę piwa - ale widać że forma słaba, 6 wypiłem i choć krok był sprawny a mowa wyraźna, to pomysły głupie. Zaczytałem się w tramwaju i swój przystanek przejechałem, z następnego jest tylko kilka minut dalej, ale zafascynowała mnie zamarznięta powierzchnia jeziorka koło Urzędu Skarbowego. Zafascynowała mnie jej grubość. Ostrożnie podszedłem do brzegu, badając solidnie podłoże, potem dobrze się zaparłem na lewej nodze i prawą delikatnie przycisnąłem lodową skorupę. Wyciągając z wody częściowo wypełniony wodą but pomyślałem sobie: "Tak właśnie giną idioci" i ruszyłem truchcikiem do domu (przemysłowa strefa, ani ducha żywego poza psami w taką noc, więc mogłem), żeby zapobiec pogłębieniu przeziębienia przez tą przemoczoną nogawkę i but. A, po drodze jeszcze przegrałem walkę z małą skarpką, która okazała się bardziej śliska niż się spodziewałem, rozciąłem sobie o coś nogawkę i kolano (ale nogawkę bardziej :P).
Mamuśka przy kolacji wigilijnej: "Kupiłach im [dziadkowi i ojcowi na groby znaczy się] po gwieździe betlejemskiej, ale w jednyj nie było gwiazdy, ino som drut". Mówię: "To żeś kupiła drut betlejemski a nie gwiazda!". Szkoda że "bubel" to takie ładne, zgrabne i krótkie słowo, "drut betlejemski" brzmi fajniej, jeno trochę za długi :}
Po kolacji, kiedy wciąż siedzieliśmy przy stole, ale puściliśmy sobie Teleexpress, oglądając tenże pełen wiadomości i niezłych i ewidentnie złych zacząłem się zastanawiać: a gdyby tak zebrać grupę ludzi i stworzyć serwis informacyjny podający wyłącznie dobre wiadomości? I ile mikrosekund od emisji pierwszego wydania musiałoby upłynąć do pojawienia się pierwszych komentarzy, że oto Platforma stworzyła płatny panegiryk nawiązujący do najlepszych lat komunistycznej propagandy? :} Obawiam się że przez podawanie od wielu lat głównie wiadomości złych, telewizja stworzyła samonakręcającą się spiralę pesymizmu. Zresztą wiadomo jak to jest, pracujemy, i owszem zdarza się czasem że pojawi się jakiś nowy dobry klient czy narzędzie ułatwiające pracę, ale zazwyczaj jednak oczekują nas tylko wiadomości że ktoś coś zgubił/zepsuł, albo że jakaś obsuwa, albo że coś tam. Dlatego przychodząc do domu i biorąc do ręki gazetę obojętnie przebiegamy wzrokiem przez wszelkie tragedie, wypadki, problemy, bośmy na nie uodpornieniu. Niestety wiadomości dobre traktujemy sceptycznie i nieufnie, bo są nam obce. Nie ma to jak filozofia od siedmiu boleści.
A swoją drogą przyszło mi tak do głowy że przecież Wy, szanowne czytelniczki i ewentualnie zbłąkany czytelniku, to generalnie ludzie młodzi, ambitni, z planami i w ogóle, a ja się tu zachwycam czeskim muzykiem, który offen mówi, że jest szczęśliwy od kiedy wyzbył się ambicji. Coś nie halo.
A tutaj odzyskany po kilkunastu latach kawałek, który kiedyś miałem na kasecie a który zawsze uważałem za lepszy od porannej kawy - szkoda że taki krótki. Ech, chciałbym nagranie całości...
Aha, moc świąt jednak działa. W okresie przedświątecznym starożytna magia Sumeryjska kilkukrotnie zamieniała mnie na cały dzień w zombie. Tymczasem teraz już drugą noc z rzędu próbowali i nic!
Niestety, martwię się o jedną z czytelniczek, która to w Wigilię źle się bardzo czuła jak mi rzekła telefonicznie, a teraz się już drugi dzień nie odzywa. A tak naprawdę to nie mam kogo spytać.
Zostatniejchwili:
Chciałem spojrzeć na Allegro za ile można kupić jakiś fajny, niedrogi multimetr, wpisuję zatem tę nazwę w okienko wyszukiwania, a tam mi autouzupełnianie zamienia mój niedoszły "multimetr" na "mieszkanie". Ki czort? O_o
"Ja jestem samoukiem właściwie, miałem oczywiście okres kiedy dużo ćwiczyłem grę na gitarze, ale teraz, teraz jako muzyk już w zasadzie nie ćwiczę (śmiech). Technika jako taka mnie właściwie w muzyce nie interesuje, to jest coś co może człowieka, może mnie przytłoczyć, słyszę tylko że ktoś tam coś perfekcyjnie, błyskotliwie zagra, tak że mi opadnie szczęka, ale koniec końców i tak niczego to we mnie nie poruszy. To trzeba umieć, a czasem kiedy usłyszę jakąś muzykę to rzeczywiście, tak jak mówiłem, czuję sie że w człowieka tchnęła jakaś siła.
Opadły ze mnie ambicje, to ze mnie opadło, dając mi ogromną swobodę. Chyba to jest swoboda tworzenia, że człowiek nie jest skrępowany jakimiś swoimi koncepcjami, ambicjami, tak jak mówiłem. Życie jest przyjemniejsze.
Dla mnie muzyka jest tajemnicą. Przypomina mi się kiedy zaczynałej jej słuchać, grać, i naprawdę ta muzyka jawiła się jako jakaś siła, tajemnica, to było to co mnie całkowicie powaliło, złapało. Później nagle uświadomiłem sobie że słucham jej jak krytyk. Grała jakaś kapela, a ja wiedziałem, od razu wiedziałem: to jest wpływ tego, to jest wpływ tamtego, to jest tamten styl. Wszystko miałem po prostu zaszufladkowane. Kiedy to do mnie dotarło, kiedy do mnie dotarło, postanowiłem dać sobie czas na powrót do początków, do muzyki jako tajemnicy."
[Później Miloš Dvořáček opowiada jak nawiązał współpracę z Václavkiem, ten zaś opowiada o lokalu w którym mają próby - a położonym naprzeciwko gospody należącej do bezpośrednich przodków Jaroslava Haška, o swoich muzycznych fascynacjach, o nowej płycie, zatytułowanej jak ta notka. A później wraca do naprawdę ciekawych rzeczy]
"Dlaczego w zasadzie włażę na tą scenę, idę i gram, czego chcę dla tych ludzi którzy tam przychodzą, chcą grać z nami, czy ze mną, bo ja tego nie widzę tak, że oto artysta na piedestale, oderwany od tych ludzi, widzę to jako współgrę, to gra i musimy współpracować. Więc ten człowiek który chce nawiązać tę współpracę, to ja chcę żeby wyniósł z tego coś mocnego, coś co go poruszy, a da mu esencję życia.
Dla mnie muzyka nie jest czymś abstrakcyjnym, co by było oderwane od mojego osobistego życia. Dla mnie ta muzyka to właściwie życiowa droga.
Dla mnie życie, jeśli przyjmę że życie to wszystko co jest żywe, to życie się nie kończy. A życie... Śmierć sięga tylko tego, co nie jest żywe. Tak to widzę."
Może i w wielu momentach banalne, ale taka banalność spokojna, taka samoświadomość muzyka to coś naprawdę fajnego.
P.S. Notka premierowo ze starego laptoka matki, z przyczyn technicznych mój główny komp jest dla mnie niedostępny z powodu operacji odzysku utraconych danych. Operacja zaczęła się równo trzy godziny temu, za 22 minuty powinna wskoczyć następna, szósta kreseczka postępu. Kreseczek jest czterdzieści i cztery :P